To zdjęcie jest jednym z powodów, dla których życie ma sens

Na początku grudnia byłam na krótkich wakacjach na Malcie i co ciekawe, na podobny pomysł wpadło też sporo innych osób, w tym bardzo wielu Polaków. Ale tłoczno wcale nie było. O tej wyspie miałam napisać wiele tygodni temu, ale wciąż nie mogłam się zebrać. W końcu się udało.

Malta to absolutnie unikatowe miejsce, prawdziwa rzeczywistość multi-kulti, ale nie w takim wymiarze, w jakim dzisiejsi postępowcy chcieliby widzieć świat. Fakt, że przez tysiące lat ten skrawek lądu (zaledwie 315  km²) wywoływał żywe zainteresowanie kolejno Fenicjan, starożytnych Greków, Rzymian, Bizantyjczyków, Arabów, Normanów, Osmanów, Francuzów i Anglików miał wpływ na kulturę Malty, ale nie każdy zdobywca wzbudzał sympatię mieszkańców. Napoleon ze swoimi wojskami został po niecałych dwóch latach usunięty, zaś tożsamość katolicka była budowana na przykład w opozycji do Osmańskich Turków, którzy szturmowali majestatyczne fortyfikacje nie jeden przecież raz w wieku szesnastym.

Prawie bym zapomniała wspomnieć o obecności Zakonu Maltańskiego przez prawie trzy stulecia – aż do 1798 roku. Zwiedzając Fort St. Angelo w Birgu nieopodal Valetty, napotkałam grupy rekonstruktorów średniowiecznych, którzy odtwarzali zakony joannitów, templariuszy i analogiczne konwenty żeńskie (których nazw niestety nie znam). Uświadomiłam sobie po raz kolejny, jak niewiele wiem o ruchu krucjatowym, zwłaszcza pod kątem charytatywnej działalności zakonów w średniowieczu, w tym, o ich ogromnej wiedzy dotyczącej leczenia chorych ziołami; o tworzeniu przytułków, pomocy chorym i ubogim itd. Nic dziwnego, że po konfiskacie majątków Kościoła katolickiego w Anglii za czasów Henryka VIII na drogach i w miastach gwałtownie wzrosła liczba bezdomnej biedoty.

Strój kawalerów maltańskich (czerwona tunika z białym krzyżem) był nakładany do walki. Na co dzień obowiązywał czarny habit z charakterystycznym, ośmiorożnym krzyżem. Pośrodku zdjęcia – strój turystyczny (trochę jednak o tej porze roku wieje).

 

Język maltański należy do grupy języków semickich i momentami brzmi nieco jak arabski. Najczęściej słyszalnym wyrażeniem jest tam il-waqfa li jmiss (wym. el-ła-halimis – następny przystanek), zwłaszcza jeżeli jest się turystą, który jeździ dużo lokalnymi autobusami (to najlepszy i w zasadzie jedyny środek transportu umożliwiający poruszanie się po obu wyspach wzdłuż i wszerz). Ale podobno Arabowie go nie rozumieją. Kolejna sprawa to poczucie tożsamości religijnej. Maltańczycy są w ogromnej większości katolikami. Wydaje mi się, że zwłaszcza wobec kryzysu migracyjnego bardzo chcą się odróżniać od nowych przybyszy i jednoznacznie to manifestują. A ta tożsamość jest widzialna znaczniej bardziej niż np. na naszych polskich wsiach, gdzie stoją dość skromne, aczkolwiek zadbane i udekorowane kapliczki, drewniane krzyże itd. Bardzo szeroko i publicznie celebruje się tam święta związane z danymi patronami, a na ulicach wystawia się ogromne drewniane i polichromowane rzeźby na wysokich cokołach. Chrześcijańską przynależność manifestuje się też zwłaszcza w okresie przed Bożym Narodzeniem (na ścianach domów wywiesza się lampiony, światełka, Mikołaje, ale też wystawia się obok naturalnej wielkości szopki, czy wprost pisze o Narodzinach Jezusa).

Malta wczesną zimą jest lekko ciepła (18 stopni) i świeci – jak zawsze przez 300 dni w roku – piękne, mocne słońce. Jedzenie jest niezłe, ludzie bardzo mili, ceny całkiem OK, a nadmorskie widoki są zjawiskowe. Podobno społeczeństwo Malty należy do jednych z najbardziej zadowolonych z życia.

Maltańskie dekoracje bożonarodzeniowe są obecne w każdym zakątku kraju.

 

Niezłe jedzenie w restauracji Mellows tuż obok majestatycznej Rotundy w Moście. Tak naprawdę żadna restauracja na Malcie nie była perfekcyjna – możliwe, że ludzie z „Północy” mają trochę za duże wymagania na Południu Europy, gdzie czas płynie trochę inaczej.

 

Podróże i poznawanie nowych krajów to moim zdaniem jedna z przyczyn, dla których warto żyć. Jest tyle do zobaczenia, usłyszenia, posmakowania, powąchania i poczucia – czy to nie jest wspaniałe?

Drugim powodem, dla którego fascynująco jest przeżyć życie to móc obserwować rzeczywistość dokoła nas. Prawda, że czasem rośnie ciśnienie i brzydkie słowa cisną się na usta, ale tak w istocie – być widzem tego teatru zdarzeń jest zajęciem arcyciekawym i wciągającym. Pod warunkiem, że jest się zaopatrzonym w umiejętność krytycznego myślenia (moim skromnym zdaniem). Po latach uświadomiłam sobie, że większość spraw należy przyjmować z odpowiednim dystansem, ponieważ: a. zazwyczaj nie mamy na nie wpływu, b. nie są tak groźne, jak może się wydawać, zwłaszcza patrząc na poziom, intencje i wykształcenie „dziennikarzy”, którzy nas o nich informują i wreszcie c. bo lepiej zająć się sprawami na poziomie mikro i mieć poczucie, że rezultat naszych działań będzie mieć bezpośredni wpływ na nasze życie. Jeżeli to brzmi zbyt teoretycznie, posłużę się konkretem – zamiast poświęcać czas na fejsbukowe tyrady z ludźmi narcystycznymi i/lub pozbawionymi wiedzy, warto zaoszczędzoną godzinę spędzić z kimś bliskim, pomóc komuś (może komuś „dalszemu”), kto tej pomocy potrzebuje, zostać wolontariuszem, iść na kurs pisania ikon albo chociażby na siłownię – po czym, wracając do domu wieczorem mieć poczucie, że się zrobiło coś sensownego. I, jak mówi Chrystus w Ewangelii według św. Mateusza – niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa. Nie musisz zawsze się chwalić tym, że jesteś wspaniały (nawet jeżeli naprawdę tak uważasz, co samo w sobie nie jest złe).

Kolejna rzecz, dla której warto żyć to dobre jedzenie. Wiem, brzmi strasznie banalnie i naiwnie, ale to jedna z przyjemności istnienia. Dziś to nie takie łatwe, trzeba umieć dobrze wybrać i wiedzieć, czego unikać – zwłaszcza, że jest się bombardowanym sprawnym marketingiem, który tak naprawdę nas okłamuje i chce zmusić do kupowania „dobrych dla serca” margaryn (o, pardon, nie margaryn, tylko perfekcyjnie skomponowanych mieszanek tłuszczów roślinnych idealnych dla pracy serca) albo eko-batoników proteinowych, których skład jest wręcz toksyczny (wystarczy przeczytać, co jest napisane na opakowaniu po odwinięciu folii).

Na urodziny dostałam zestaw do parzenia tureckiej herbaty. I tu mogłabym napisać rozprawę filozoficzno-socjologiczną na temat funkcji picia tego napoju w społeczeństwie tureckim. Każdy, niezależnie od zamożności, przynależności do grupy społecznej, czy pochodzenia, pije herbatę według pewnego rytuału. Zarówno robotnik na budowie musi być zaopatrzony w podwójny dzbanek do herbaty, by w przerwie napić się tego wyjątkowego naparu, i to samo zrobi elegancka pani domu w Stambule, oferując swoim gościom çay. I tu muszę zrobić dwa zastrzeżenia – poznałam kiedyś Turczynkę, która wyznała, że wcale nie lubi pić herbaty. 🙂 A poza tym, picie tego napoju ma swoją społeczną funkcję również w takim kraju jak Polska, czy Wielka Brytania. Ale rytuał związany z przygotowaniem herbaty a la turca jest czymś innym – mam wrażenie, że jest w tym coś z magii. Już nie wspominając o jej mocy – trzy szklaneczki czaju tak nakręcają człowieka, że nie wie, co zrobić z powstałą energią (mi się zdarzyło pewnego świątecznego wieczoru posprzątać pół domu).

Turecki çay nad Bosforem. Lepiej smakuje bez cukru.

W każdym razie – czaj idealnie komponuje się z porządnym, wysokokalorycznym śniadaniem na słono. Takim, jak to poniżej:

Tłuszcze zwierzęce, jajko, rukola, własnoręcznie upieczony chleb i turecka herbatka. I chce się żyć.

 

I tu chcę przejść do sedna, które może zaskoczyć. To, co opisałam powyżej, jest bardzo ważne, choć raczej nie jest celem samym w sobie. Są to po prostu metody, pozwalające na odnalezienie się w świecie i osadzenie w nim. Żeby dobrze czuć się z samym sobą. Przez kilkanaście lat analizowania rzeczywistości dookoła mnie zrozumiałam jednak, że JEST coś więcej. Rozumowo, krok po kroku, dochodziłam do wniosku, że nie ma innego „racjonalnego” wytłumaczenia wystąpienia Wielkiego Wybuchu 13,8 mld lat temu, jak to, że istnieje jakaś nieopisana siła, czy też duch, który za tym wszystkim stał. Jakiś wpływ na to miała lektura wypowiedzi księdza profesora Hellera. Nauka nie oferuje żadnej alternatywy w tym zakresie – to znaczy nie potrafi wyjaśnić, dlaczego miał miejsce Big Bang. Z biegiem też czasu pojęłam, czym jest chrześcijaństwo – jego spójność i właśnie logiczność (!) dalece przekracza inne systemy religijne. Tak po prostu jest – ale o tym w kolejnych wpisach.

Mam takie poczucie, że warto dobrze żyć, a nie tylko przeżyć. Zresztą, ostatnie wydarzenia okołopolityczne tylko mnie w tym utwierdzają.

Anna Stępniak

 

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *