Spotkałam Bonda

Spotkałam Pierce’a Brosnana. W Warszawie, na jednej z ulic. Był elegancki i uśmiechnięty. Gdy powiedziałam, że jest świetnym aktorem, podziękował i krzyknął w zachwycie: „Poland is a great country, with such wonderful people like you!”

1170799_513414368826730_7091430424869564227_n

Powyższa historyjka jest zmyślona. Pierwsze słowa pojawiające się w linku mają skłonić do kliknięcia. Tani chwyt, przepraszam. Może to listopadowa, szara aura tak na mnie wpływa. Chciałabym o czymś ważnym lub ciekawym napisać, ale nie wiem o czym. Mam wrażenie, że wszystko zostało już powiedziane. Zrobione, zmierzone, zbadane, opisane, wyśmiane, skrytykowane, spopularyzowane. A to, co nadal ukryte i ukrywane, i tak nie może i nie przebije się do mainstreamu. Bo (prawie) nikogo to nie interesuje.

Mogłabym napisać, że właśnie czytam ciekawą książkę. Przełomową. O kobietach w dynastii Piastów. O ich sile sprawczej i wpływie na politykę czy kulturę. Mam jednak nieodparte wrażenie, że nikogo to nie zainteresuje. W końcu, czasy Galla Anonima są tak niesamowicie odległe, że w świadomości przeciętnego Polaka są wręcz legendami, baśniami. Ten porąbał biskupa, tamten wyłupał oczy bratu, inny uprowadził ruską księżniczkę i ją zgwałcił, a jeszcze inny ufundował jakiś kościół. Nic dziwnego, że potocznie mówi się „co za średniowiecze” – w końcu dzięki takim opisom dziesięć wieków ludzkiej historii to „ciemnogród”, zacofanie itp. A tymczasem rewolucja we Francji i nieprzerwanie pracująca gilotynka to postęp, wyzwolenie i braterstwo…

Podobno mamy obecnie trzecią wojnę światową, tylko że w kawałkach. Tych, którzy mogliby coś zrobić niewiele obchodzi los Ukraińców w Donbasie, Kurdów, jazydów, wyrzynanych chrześcijan w Pakistanie, Indiach czy Nigerii; nie ma też pomysłu jak wyzwolić od śmierci głodowej Koreańczyków z północy. Czarna Afryka jest obecnie kolonizowana powtórnie, z tym, że obecny wyzysk mieszkańców Mozambiku, Angoli czy Nigerii jest nieporównywalnie bardziej bezduszny niż dziewiętnastowieczne podboje Europejczyków na tym kontynencie. Świat pędzi do przodu i każdy skoncentrowany jest na własnych problemach. A ci, którzy lubią żyć w iluzji tacy już pozostaną, bo tak jest wygodnie.

Chyba jestem pesymistką. Gdy zaczynałam tworzenie tego magazynu, myślałam, że można oderwać się od ciężkiej rzeczywistości i pisać o czymś miłym, przyjemnym, zabawnym, lekkim, innym. Ale nieodparcie czuję, że wszystko zostało już wyartykułowane. Ile też można gadać o jedzeniu? Kiedyś był taki skecz Marcina Dańca o telewizji: „jest 30 programów o gotowaniu, a 30% ludzi nie ma co do garnka włożyć”. O właśnie… (I to samo w internecie.)

Redakcja pewnego czasopisma poprosiła mnie o napisanie tekstu na temat pojmowania męskości i tego jak się zmieniała w czasie. Temat bardzo dowolny, można go potraktować na różne sposoby. Tylko co ja mam o tym napisać? Jeśli wyznam, co naprawdę myślę, zostanę uznana za wariatkę, która ma nie wiadomo jakie wymagania względem płci przeciwnej. Ergo – czeka ją staropanieństwo i zrzędzenie. No, ale jak tu nie narzekać, jeśli większości chłopców i mężczyzn w wieku 20-40 lat brakuje świadomości na tematy elementarne w kwestiach kultury i obycia? Oczywiście, nie każdy musi być super inteligentny i oczytany, ale braki higieny, mlaskanie, bekanie, siedzenie z rozwalonymi szeroko nogami przed kobietą i brak pewnych automatycznych odruchów, jak zostawianie napiwku w restauracji to jest przeklęty znak naszych czasów. Przynajmniej w Polsce. I nie, to nie jest wcale margines marginesu.

Jest mi bardzo niemiło również z innego powodu. A to dlatego, że jak patrzę na moich rodaków, mieszkańców tego samego miasta czy regionu, ogarnia mnie jakaś trudna do opisania apatia. Nie da się zaprzeczyć, że postępuje rozpad więzi społecznych, które i tak do tej pory były dość kruche. Jesteśmy wobec siebie obcy, dalecy, mamy gdzieś to, co się dzieje wokół nas. Nie angażujemy się we wspólne sprawy i nie chcemy wychylać nosa poza swój własny mikroświat. Jest mi tym bardziej niemiło, że Polacy są wyjątkowo przedsiębiorczym i kreatywnym narodem, któremu od lat podcina się skrzydła i zwyczajnie upupia. Jednocześnie mam wrażenie, że natężenie buractwa i chamstwa uległo ostatnimi czasy zwielokrotnieniu. Co więcej, sądzę, że ludzie w swej masie są jak te baranki prowadzone nie wiadomo gdzie… Choć znowu używam eufemizmu z obawy, by kogoś jednak wprost nie urazić.

Chciałabym, by było właśnie tak. Przyjeżdża do Polski któryś tam James Bond, zachwyca się przestrzenią miasta X, mając w pamięci nasze wielkie osiągnięcia na polu historii, biznesu i kultury i mówi: „it’s so wonderful here, I love you Poles!”

 

Anna Stępniak

 

 

 

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *