Polska. Bierz plecak i jedź!

Polska powinna być marką. Każda najmniejsza mieścina powinna myśleć o tym, jak przyciągnąć turystów. Możliwości jest mnóstwo – wykorzystanie znanej postaci, surowca, produktu, dobra naturalnego. Wystarczy wziąć do ręki przewodnik z serii „Polska niezwykła” by uświadomić sobie, ile mamy bogactw do zaoferowania.

Idąc takim tropem postanowiłam zwiedzać rozmaite zakątki Polski, przede wszystkim te, w których nigdy nie byłam, ale też zobaczyć, jak żyje się w Polsce, której nie pokazuje telewizja. Postanowiłam pojechać na południe, do Małopolski. Rzecz jasna, w Krakowie nic już nie zaskakuje, a w każdym razie nie powinno zaskakiwać żadnego człowieka, który ukończył szkołę średnią. Choć przyznam, że za każdym razem, gdy odwiedzam dawną stolicę Polski, zauważam coś nowego.

Po pierwsze, Kraków zaczyna przypominać Rzym lub Florencję – miasta typowo turystyczne, gdzie wprost ciasno jest od przedstawicieli różnych narodów w kurtkach przeciwdeszczowych i z aparatami fotograficznymi na szyjach. Przypadkiem przysłuchiwałam się przewodniczce oprowadzającej dwie Francuzki w katedrze wawelskiej i muszę przyznać, że były autentycznie zainteresowane i wciągnięte w opowieść o Jagielle i Warneńczyku. W piętnastym wieku nie było jeszcze środków unijnych i dlatego polski król mógł pozwolić sobie na wystawienie szlachetnego pomnika nagrobnego z wysokiej jakości materiału z własnej kasy. Ale pardon, odsuwam złośliwości na bok.

13

(Tu na marginesie: jedno z lepszych zdjęć, jakie udało mi się zrobić:)

W Krakowie natknęłam się na świetną księgarnię (krakusy potwierdzają, że dobra) – na pewno można powiedzieć, że ma ciekawy marketing, a także wpadłam dwukrotnie na obiad w swojej ulubionej jadłodajni – Gospodzie Koko (ul Gołębia). Serdecznie ją polecam – można się pysznie najeść i spuchnąć ze szczęścia za 15 złotych (wielka micha zupy i drugie), a nawet za 11 (obfity talerz drugiego dania). Przypadkiem natknęłam się również na tablicę poświęconą pamięci Staszka Pyjasa (ul Szewska) oraz krakowskiemu oddziałowi „Żegoty” (ul. Jagiellońska). Do sukcesów zaliczam również wdrapanie się z super ciężkim plecakiem na Dzwon Zygmunta oraz wyprawę komunikacją miejską do Tyńca (he, he).

11

Opactwo benedyktynów w Tyńcu jest najstarszym opactwem na terenie Polski. Liczy sobie około 970 lat (jeśli nie liczyć przerwy, ponieważ w 1816 roku klasztor został zamknięty i przywrócony dopiero w 1939). Opactwo to położone jest na wapiennym wzgórzu nad brzegiem Wisły.

Przepiękna okolica wprost sprzyja wyciszeniu ciała i ducha. Zasadą tego zakonu jest gościnność, która opiera się na słowach Chrystusa z Ewangelii, stanowiących także regułę św. Benedykta: „Wszystkich przychodzących do klasztoru gości należy przyjmować jak Chrystusa, gdyż On sam powie: Gościem byłem i przyjęliście mnie (Mt 25,35)”.

1

Benedyktyni są bardzo zaradni, prowadzą sklep pełen rozmaitego asortymentu (od przypraw i herbatek, poprzez piwo, preparaty prozdrowotne i mydło), zapraszają na rekolekcje, warsztaty średniowiecznej kaligrafii, seminaria dotyczące zarządzania i wiele innych. Oferują też noclegi. Naprawdę wspaniale jest zasnąć o 21.00, a potem obudzić się na moment o 5.30, gdy dzwoni dzwonek na jutrznię i potem wstać rześkim o 7.30 na sycące śniadanie.

Udało mi się także dotrzeć do Krzeszowic, małego miasta na zachód od Krakowa. To niestety przykład miejsca, w którym nie widać za wiele potencjału. O godzinie 14.00 w sobotę jedynymi otwartymi punktami są delikatesy „zdrojowe” (jedyne wielkoformatowe wspomnienie, że Krzeszowice były niegdyś uzdrowiskiem oferującym lecznicze wody), święty punkt gier i zakładów lotto, w którym zawsze jest kolejka, a bliżej rynku – kebap i jedna jedyna maleńka cukierenka-kawiarnia, zamykana o 16.00).

Miejscowość swe dawne czasy świetności ma za sobą. W drugiej połowie XVIII wieku i częściowo w wieku XIX Krzeszowice, za sprawą Lubomirskich oraz Potockich, oferowały nowoczesny kompleks zdrojowy i przyciągały ówczesnych „turystów” zachęconych perspektywą spożywania bogatych w cenne minerały wód leczniczych. Dziś nawet w herbie tego miasta nie ma już symbolu tryskającej wody. Szkoda.

8

Wiele radości wywołał we mnie pobyt w Czernej, oddalonej od Krzeszowic o ok. 5 km. W 1629 roku Agnieszka Tęczyńska-Firlejowa ufundowała tu klasztor karmelitów bosych, początkowo zamknięty, będący pustelnią i nie dopuszczający wiernych z zewnątrz.

W bogato wyposażonej świątyni pod wezwaniem św. Eliasza, na planie krzyża łacińskiego, znajduje się obraz Matki Boskiej Szkaplerznej, do którego wierni zanoszą swoje modlitwy. Autorem obrazu w ołtarzu głównym, przedstawiającego patrona karmelitów, czyli Eliasza, jest Tomasz Dolabella, nadworny malarz króla Zygmunta III Wazy i Władysława IV. Warto dodać, że przeorem tego kościoła w drugiej połowie XIX wieku i na początku XX był święty Rafał Kalinowski, bohater Powstania Styczniowego.

Na terenie kompleksu klasztornego znajduje się również świetnie przemyślane muzeum. Serdecznie polecam jego zobaczenie i zgodnie z obietnicą daną bratu, który oprowadza po tym ciekawym miejscu nie ujawniam zbyt wiele informacji o ekspozycji, za wyjątkiem poniższego zdjęcia:

9

Do Czernej warto przyjechać również z powodu pięknych krajobrazów: wzniesień, lasów, starych eremów oraz położonego bardzo blisko Dębnika – starej kopalni czarnego „marmuru”, czyli tak naprawdę wapienia przypominającego ten szlachetny materiał. Łatwość obróbki tego kamienia oraz efekt wizualny powodowały, że stosowano go od czasów Zygmunta Starego aż po epokę napoleońską, choć podobno wydobywano go już w wieku XIV.

16

Wypoczęta, po kilku nocach, gdy zasypiałam o godzinie 21.00, wróciłam do głośnej Warszawy. Ale nasuwa mi się refleksja: Polska jest piękna i warto promować każdy, nawet najmniejszy zakątek. Potrzeba tylko więcej chęci!

 

Anna Stępniak

 

 

 

 

Comments

comments

3 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *